Recenzja spektakli NationalAnthem oraz Happiness|Happiless. Uszyci na miarę

Uszyci na miarę

„National Anthem"; „Happiness/Happiless" - Pracownia Teatru Tańca w Zielonej Górze

W czwartek (21 listopada) zielonogórska Pracownia Teatru Tańca zaprezentowała na deskach Teatru Lubuskiego dwa nowe autorskie spektakle. Pokaz odbył się w ramach Wieczoru premier, który ciekawie poprowadziła Marta Pohrebny. Zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią, postanowiłam udać się do Zielonej Góry, by osobiście przekonać się, jak radzą sobie dziś tancerze z zespołu, któremu w podsumowaniu sezonu artystycznego 2016 nadaliśmy miano jednej z najlepiej zapowiadających się niezależnych grup teatralnych. Teraz powracam do Państwa z krótką relacją z tego wydarzenia.

 

W krainie czarnej tęczy
Wieczór otworzył spektakl 'National Anthem' wyreżyserowany i opracowany tanecznie przez duet Marka Zadłużnego i Radosława Bajona. Na jego motto twórcy wybrali cytat z piosenki Mister D. (Doroty Masłowskiej) odnoszący się do historii słynnej tęczy z Placu Zbawiciela – obiektu powtarzających się ataków nacjonalistów, dla których podpalanie instalacji stało się rodzajem ideologicznego rytuału – a sam utwór okazał się adekwatnym (choć nie jedynym) muzycznym tłem opowiadanej historii. W 'National Anthem' tancerze (Radosław Bajon i młodzi adepci Pracowni: Karolina Gruca, Agata Hałubicka, Maja Kordek, Zofia Berlikowska, Julia Perzyńska, Magdalena Dobek, Kacper Rampold) ukazują rutynowe czynności, które wykonujemy każdego dnia. Szybko staje się jasne, że pranie, odkurzanie, zakupy, obowiązki zawodowe czy rodzinne oraz modlitwa (odklepywana jakby z przyzwyczajenia, bo i niezależna od stanu ducha) są dla bohaterów płaszczyzną porozumienia; upodabniają ich do siebie nawzajem. Tego samego nie można już jednak powiedzieć o narodowych świętach i patriotycznej symbolice. Kiedy tancerze zakładają biało-czerwone stroje, ich postacie zyskują nowe oblicze. Tymczasowa „zmiana dekoracji" wystarczy, by doszło między nimi do radykalnych podziałów. W ich dłoniach prędko wyrastają jednakowe czarne ręczniki, którymi zasłaniają sobie oczy jako zaślepieni fanatycy, by za chwilę uczynić z nich symbole rozlewającej się wkoło czerni – kontrastu dla indywidualizmu, koloru i inności, jaką należy wyplenić. Niezwykle emocjonalny układ, świetnie oddający brutalność ataku na tych, którzy „nie mieścili się w szeregu", zostaje jednak stopniowo wygaszony przez powrót do pierwotnego kontekstu. Bitewny pył opada, odsłaniając agresorkę, od której jeszcze przed chwilą biła ślepa furia, a która teraz ze starannością składa porozrzucane ręczniki, formując z nich równiutki stos, bo oto dobiegł końca festyn nienawiści i znów może grać rolę perfekcyjnej pani domu.

Trafne zderzenie dwóch – prawie alternatywnych – rzeczywistości, które faktycznie współistnieją dziś na jednym gruncie, przyprawia o dreszcze! Dobitnie przypomina widzom, że Polska to kraj paradoksów, w którym za autoidentyfikację jednostki w danym miejscu i czasie odpowiadają nie tyle „neutralne" elementy konstytuujące narodową tożsamość (jak język, dziedzictwo kulturowe, symbole, miejsca pamięci czy wspólnota historycznych doświadczeń), ale przede wszystkim okoliczności. „W krainie czarnej tęczy", gdzie wartości narodowe pływają w jednym tyglu z fanatycznymi ideologiami, wszyscy jesteśmy wielką rodziną do momentu, aż ktoś nie zawoła: „Ten z nami! Ten przeciw nam!".

 

Śmiertelnie szczęśliwi
Drugi ze spektakli zaprezentowanych podczas Wieczoru Premier Pracowni to 'Happiness/Happiless', wyreżyserowany i wytańczony przez wszystkich członków grupy repertuarowej (Magdalenę Bębenek, Agatę Smolich, Kalinę Grupę, Natalię Hass, Agatę Dąbrownę, Marka Zadłużnego, Radosława Bajona i Gabriela Zaborniaka). Przedstawienie o znamiennym tytule, sugerującym, że skazani jesteśmy na alternatywę – bycie szczęśliwym albo bycie nieszczęśliwym – zostało zbudowane właśnie wokół tej dychotomicznej osi. Inaugurująca je scena ukazuje bohaterów jako ludzi żyjących w bliskości z naturą, w zgodzie z pierwotnymi instynktami. W krótkiej sekwencji następujących po sobie, malarskich i bardzo onirycznych obrazów (wziętych jakby trochę od Schulza, a trochę ze skrzyżowania dzieł Chełmońskiego i Boscha), które aż chciałoby się określić mianem „Snu nocy jesiennej", widzimy tancerzy tonących w powodzi kolorowych liści. Zdają się oni upajać ich czarem, przygotowując ciała i umysły do zimowego snu poprzez uczestnictwo w tajemniczym, jesiennym misterium. Pogrążeni w jakimś rodzaju ekstazy, a jednocześnie spokojni, pogodzeni ze sobą i z całym uniwersum, symbolizują reprezentantów świata, do którego nie ma już powrotu. To ludzie sprzed wieków – dzieci natury i ładu, żyjące w zgodzie z narzuconym przez nią rytmem, rozumiejące zachodzące w niej procesy, ale przede wszystkim potrafiące dostrzegać i rozpakowywać prezenty, którymi hojnie je ona obdarza.

Nieoczekiwanie dźwięki „Bohemian Rhapsody" wyrywają jednak bohaterów z ekstatycznego snu i przenoszą ich wprost do krainy chaosu, czyli do współczesnej rzeczywistości. Tu wpadają oni w wir hedonistycznej zabawy. Szaleją na parkietach klubów, brylują na towarzyskich spotkaniach i w mediach społecznościowych, a na ich twarzach malują się nieodłączne uśmiechy. Bo tak trzeba. Bo przecież muszą nieustannie zapewniać otoczenie, jak doskonale się bawią. Lecz z jednej skrajności łatwo popada się w inne. Brak emocjonalnego balansu wiedzie od euforii do samotności, depresji i dalej – ku autodestrukcji. A może po prostu chodzi o to, by umrzeć, zanim skończy się zabawa?
W ostatniej scenie – niczym w starym teledysku Tove Lo do piosenki „Stay High" – widzowie mogą zobaczyć, co dzieje się z bohaterami, gdy impreza dobiega końca, lustrzane plamki dyskotekowych kul przestają dyskretnie przemykać po ich skórze, a cały ten puder i brokat spływa z ich twarzy wraz z wieczornym prysznicem. Nadzy (nie tylko w przenośni), pozbawieni widowni w postaci wścibskich oczu znajomych, okazują się bezradni, bezbronni i boleśnie samotni. Nie potrafią zmierzyć się z emocjami innymi niż histeryczna radość. Szlagier Marino Mariniego „Nie płacz, kiedy odjadę", towarzyszący dramatycznej scenie końcowej, w której jeden z bohaterów miota się pośród liści, pogrążony w suchym cierpieniu bez łez, brzmi w tym kontekście jak cyniczny komentarz.

'Happiness/Happiless' dotyka bardzo aktualnej problematyki poszukiwania szczęścia, które z odwiecznego marzenia i naturalnego dążenia ludzkości nieoczekiwanie urosło do rangi prawdziwej obsesji. Dawniej uważano, że swoją drogę do szczęścia wyznaczamy, dokonując wyboru pomiędzy mieć a być i konsekwentne podążając za tą decyzją. Dziś nie tylko nie chcemy wybierać, ale nie wiemy nawet, co zrobić z tym, co posiadamy i kim się staliśmy. Sposobu na życie szukamy w filozofiach innych kultur o obco brzmiących nazwach (jak choćby hygge, lagom czy ikigai) i w setkach naszpikowanych frazesami poradników (konia z rzędem temu, kto znajdzie dziesięć różnic między pozycjami, takimi jak: „Sekret szczęścia", „Lekcje szczęścia i długowieczności", „Alfabet szczęścia", „Projekt szczęście", „Zbuduj swoje szczęście", „Kod szczęścia", „Twoje szczęście jest w Tobie", „Kierunek szczęście", „I nie zapomnij być szczęśliwy", „Szczęście. Poradnik dla pesymistów" czy – o zgrozo – „Szczęście brutto"). Meika Wiking zadaje współczesnym „szczęścioholikom" sarkastyczne pytanie: „Czy szczęście polega na tym, by wydać pieniądze, których nie mamy, na rzeczy, których nie potrzebujemy, by zrobić wrażenie na ludziach, których nie lubimy?". Ale nawet ona zdaje się przyjmować niewłaściwą perspektywę. W całym tym szaleństwie zapomnieliśmy bowiem, że szczęście nie jest czymś, co można po prostu osiągnąć i zatrzymać. To emocja - zaledwie jedna z wielu emocji właściwych człowiekowi, których nie umiemy poddać selekcji, wydłubując uśmiechy, ochy i achy jak rodzynki z ciasta o wielu smakach. Opuśćmy więc bloki „szczęściożerczego" biegu. Pozwólmy sobie na niepewność, smutek, ból i strach. Żyjmy naprawdę, dopóki to jeszcze jest możliwe.

 

Od kilku lat przyglądam się poczynaniom Pracowni Teatru Tańca i wciąż pozostaje ona dla mnie fenomenem. Jej członkowie – jako jeden z nielicznych zespołów teatralnych w Polsce – potrafią tworzyć wyłomy w hermetycznym języku tańca i opowiadać historie tak, że przemawiają one nawet do niedoświadczonych widzów i na długo rozgaszczają się w ich głowach. Gdy po raz pierwszy oglądałam występ zielonogórzan, myślałam, że są po prostu jedną z tych zdolnych grup, które przez chwilę będą podążać za pasją, ale szybko przejdą od spełnienia do znużenia. Teraz wiem, że mam do czynienia z czymś więcej. Z autentycznym talentem, siłą twórczej kreacji, która niepokoi i fascynuje.

 

Agnieszka Moroz
Dziennik Teatralny
2 grudnia 2019