Od pasji do magii

Od pasji do magii

5 lat Pracowni Teatru Tańca: Zielona Góra, 2016-02-26 – 2016-02-28 


Pięć lat temu w Młodzieżowym Centrum Kultury i Edukacji w Zielonej Górze choreograf i teoretyk tańca, dr Marek Zadłużny, otworzył Pracownię Teatru Tańca. Pełen pasji i fascynacji możliwościami, jakie daje akt twórczy na pograniczu dwóch sztuk, nie stawiał na pracę z profesjonalnymi aktorami lub tancerzami mającymi za sobą lata kursów czy turniejowych zmagań. Liczyła się wrażliwość, wyobraźnia, zdolność do ciężkiej pracy i poświęceń, a przede wszystkim prawdziwa miłość do tańca. Pięć lat, kilkaset godzin w tanecznych salach oraz kilkanaście premier później na scenie Zakładu Animacji Kultury i Andragogiki Uniwersytetu Zielonogórskiego oglądamy zespół artystów osobnych, tworzących w wyjątkowej estetyce, której nie da się zapomnieć ani przypisać nikomu innemu.

 

W miniony weekend, z okazji swoich piątych urodzin, Pracownia Teatru Tańca zorganizowała w Zielonej Górze przegląd, podczas którego zaprezentowała aż cztery premierowe przedstawienia. W ramach współpracy sieciowej pod hasłem „Sfera Ruchu" do wspólnych obchodów jubileuszu zaprosiła także zaprzyjaźnione grupy teatralne: Teatr Tańca Akro z Torunia, Terminus A Quo z Nowej Soli i Teatr Tańca Enza ze Słupska oraz instruktorów Jacka Niepsujewicza i Martę Pelińską, którzy poprowadzili warsztaty dla tancerzy.

 

Przekleństwo męskości

Przegląd otworzył spektakl „#4" opracowany na podstawie solowej choreografii Pawła Matyasika pt. „Krótkie dni". Tancerze (Marek Zadłużny, Radosław Bajon i Gabriel Zaborniak) podjęli w nim temat konstytuowania się męskiej tożsamości, opowiadając o rytuale przejścia w dorosłość czterech dojrzewających chłopców, którzy starają się sprostać społecznym oczekiwaniom i dowieść, że są prawdziwymi mężczyznami. Układ rozpoczynają choreograficzne obrazy bohaterów skaczących kolejno na skakance i próbujących swoich sił w przeciąganiu liny. Zamiast żywiołu zabawy towarzyszy im jednak napięcie i rywalizacja. Pod pozorem radosnych podwórkowych gier kryją się bowiem pierwsze wyzwania i testy na męskość, którym chłopcy poddawani są już od dzieciństwa. Na tym etapie poziom testosteronu mierzy się głównie przez pryzmat tężyzny fizycznej. Chłopcy przeczuwają już jednak nadchodzącą zmianę. Ruchy tancerzy wijących się na podłodze niczym robaki i leżących na boku z niewidzialnymi papierosami w dłoniach układają się w sekwencję, która upodabnia ich do Pana Gąsienicy z „Alicji w Krainie Czarów". Tak jak on oczekują transformacji – przemiany w motyla i porzucenia infantylnych atrap (w rodzaju gum do żucia w papierosowych bibułkach czy fajek wodnych nabitych owocową melasą) na rzecz „prawdziwych męskich atrybutów", takich jak papierosy. Wkrótce potem bohaterowie są już nastolatkami, a ich wyobrażenie męskiego świata coraz bardziej się komplikuje. Zaczynają je kształtować filmy o Dzikim Zachodzie lub gangsterach – „Dobry, zły i brzydki", „Ojciec chrzestny" czy „Pulp Fiction". Tancerze mierzą do siebie nawzajem z wyimaginowanych pistoletów. W końcu jednak i ta próba przestaje być dla nich wystarczającym wyzwaniem. Przekierowują więc lufy broni, celując we własne skronie i – niczym w „Łowcy jeleni" – starają się przetrzymać przeciwników, sprawdzając, kto pierwszy stchórzy. Zabawę w rosyjską ruletkę wieńczy symboliczna śmierć, która okazuje się przejściem w dorosłość.

 

Ukazanie dorosłości jako wstępu do umierania ma swoje źródła w wielu tekstach popkultury – choćby w słynnej piosence zespołu Hey „Dorosłość jako początek umierania". W przeważającej większości problematyka ta przedstawiana jest jednak z pozycji kobiety. Na fali feminizmu coraz więcej mówi się o kształtowaniu kobiecej tożsamości. W „#4" ta perspektywa zostaje zmieniona, dzięki czemu twórcom udaje się uciec od wytartych schematów i ukazać złożoność zagadnienia. W ich przedstawieniu to mężczyzn dręczy opisywana we wzmiankowanej piosence „każda ludzkości obawa", toczy wewnętrzny robak, przed którym nie ma ucieczki. Warto zauważyć, że tematykę tę w pewnym stopniu eksploruje „Sala samobójców". Pewnie dlatego w jednej z kluczowych scen spektaklu pojawia się spopularyzowana przez film piosenka „Turn me on". Dorośli już bohaterowie tańczą przy niej na parkiecie ze zwycięsko eksponowanym – nareszcie prawdziwym – papierosem w ręku, dostosowując się do kolejnych „norm", zgodnie z którymi (jak powiedziałby Fisz) „chłopaki chodzą do klubu odpicowani podrywać dziewczęta". W końcu jednak wszystkie te społeczne gęby okazują się trudne do wytrzymania, co każdy z tancerzy manifestuje w inny sposób.

 

Siłą przedstawienia – poza wypracowaną archtekturą układu, subtelnością gestu daleką od przerysowanej stylistyki rodem z niemych filmów, za pomocą której akcentuje się zwykle tożsamość płciową postaci oraz połączeniem drobiazgowej wirtuozerii z taneczną swobodą – jest przede wszystkim fakt, że nie ucieka się on do prostej definicji męskości. Negując stereotypowe wyobrażenia krążące wokół kondycji fizycznej, przedmiotów, ról i postaw, pozostawia widzów z pytaniami, do których z pewnością będą powracać. Dzięki ukazaniu, iż bycie mężczyzną może stanowić przekleństwo, staje się ponadto ważnym głosem, w jakże aktualnej(sic!), dyskusji o kryzysie męskości.

 

Samotne wilczyce

Podczas jubileuszu Pracowni Teatru Tańca krótki, oparty częściowo na improwizacji spektakl „Wilki wracają", zaprezentowały również dwie należące do niej tancerki – Agnieszka Jodłowska i Kalina Grupa. Inspiracją dla ich choreografii była książka Clarissy Pinkoli Estés pt. „Biegnąca z wilkami", przedstawiająca archetyp Dzikiej Kobiety, oparty na założeniu podobieństwa kobiet i wilków. Jodłowska i Grupa posłużyły się tańcem jako uniwersalnym językiem umożliwiającym im dopuszczenie do głosu owej wewnętrznej wilczycy, która czai się gdzieś głęboko w świadomości kobiet, choć na co dzień nie odpowiadają na jej zew. Dzięki improwizacji, umożliwiającej podążanie za instynktem, subtelnym hipnotycznym ruchom oraz wewnętrznemu dialogowi, jaki w wyraźny sposób prowadziły ze sobą podczas tańca, pozwoliły przemówić własnej pierwotnej naturze, którą cechuje zarówno dzikość i odwaga, jak i opiekuńczość.

 

Miłość jako choroba wirusowa, na którą nie ma szczepionki

Niedawno naukowcom udało się potwierdzić, że u zakochanego człowieka aktywują się te same ośrodki mózgowe, co u narkomana, dzięki czemu mogli zaklasyfikować miłość jako jednostkę chorobową. Nowa kontrowersyjna teoria znalazła odzwierciedlenie w komediowym spektaklu Pracowni „LOVEsongs", porównującym zakochanych do szaleńców. Przedstawienie opracowane i wykonywane przez ośmioro tancerzy (Justynę Śmietańską, Agnieszkę Jodłowską, Martę Pelińską, Katarzynę Pawlak, Kalinę Grupę, Łukasza Szpilskiego, Radosława Bajona i Marka Zadłużnego) podzielone jest na kilka części, które akcentuje pomysłowa kompozycja. Każdy z etapów rozpoczyna i kończy przejście tancerzy pomiędzy dwoma parawanami ustawionymi po przeciwnych stronach sceny. Każde z tych „przejść" ukazuje inny rodzaj miłości, co zapowiadają towarzyszące im piosenki oraz emitowane przez głośniki wypowiedzi oraz fragmenty tekstów, dotyczących tego uczucia. Tancerze udają się w krótką podróż przez miłosne szlagiery, jak choćby „Hello, I love you" zespołu The Doors i popularne motywy – m.in. syreny. Utrzymany w żartobliwej konwencji spektakl opowiada jednak raczej o miejskich syrenach z piosenki Artura Rojka niż o wabiących żeglarzy magicznych istotach z „Odysei". Zamiast oszalałych z miłości Werterów ukazuje zaś zombie, żywcem wyjęte z amerykańskich horrorów klasy B. Komiczne gesty i miny tancerzy raz po raz wywoływały burzę śmiechu i oklasków na widowni, zaś kulminacyjny moment, kiedy upodabniając się do syren, podskakiwali jak wyciągnięte na piasek ryby, rozbawił widzów do łez.

 

Warto zauważyć, że „LOVEsongs" jest spektaklem, który w komediowej formie przemyca wiele uniwersalnej prawdy o miłości. Jako spacer przez wszystkie jej odcienie odwołuje się do osobistych doświadczeń odbiorców i przywołuje w nich wspomnienia zachowań, których – z perspektywy czasu i umysłu uwolnionego od nadmiaru dopaminy – częstokroć żałują. Z pewnością dlatego część publiczności mocno poruszył jego przekaz, a samo przedstawienie spotkało się z najcieplejszym przyjęciem spośród wszystkich występów, zaprezentowanych pierwszego dnia przeglądu.

 

Biel niosąca pustkę

Zakończenie drugiego dnia obchodów jubileuszu Pracownia Teatru Tańca uświetniła spektaklem „Ederlezi" przygotowanym według choreografii Marka Zadłużnego i wyreżyserowanym we współpracy z Małgorzatą Kazińską. Historia osnuta wokół pięknej błakańskiej pieśni, spopularyzowanej głównie przez Gorana Bregoviča i film „Czas Cyganów" Emira Kusturicy, została przez tancerzy rozbudowana do opowieści o pannie młodej, daremnie czekającej wśród weselników na swego oblubieńca. Tuż przed pokazem wielu odbiorców było zdania, iż odwołanie do tak ogranego motywu zamknie wykonawców w ramach ciasnych konwencji. Spodziewali się ujrzeć na scenie tancerzy, którzy w cygańskich strojach i kwietnych wiankach wykonają taniec oro. Zespół Pracowni zaskoczył ich jednak świeżym ujęciem opartym na zderzeniu tradycji ze współczesnością. Spektakl rozpoczyna scena nowoczesnego tańca z butelkami wykonywanego przez niezwykle liczny, bo aż trzynastoosobowy zespół weselników (złożony prawie ze wszystkich członków Pracowni). Monumentalność tego obrazu połączona z niepokojącą muzyką buduje silne napięcie. Pomimo iż tancerze wirują, tnąc przestrzeń gwałtownymi ruchami i zastygając w symbolicznych toastach, publiczność nie potrafi oddać się sielskiej atmosferze, z jaką kojarzy się przecież święto wiosny. Scena nadejścia panny młodej, która nagle zdaje sobie sprawę, że biel ślubnej sukni może jej przynieść tylko pustkę i postanawia ten strój zdjąć, nabiera dzięki temu wyjątkowej dramaturgii. Tym bardziej, że w odróżnieniu od pełnych energii gości, głośno wyrażających swoje emocje, panna młoda pozostaje postacią statyczną, a jej skarga jest cicha.

 

Premierowe spektakle Pracowni Teatru Tańca połączyło rozemocjonowanie, dynamika, skupienie na przekazaniu ważkich treści oraz – co najważniejsze – charakterystyczna estetyka z pogranicza teatru tańca, teatru fizycznego i tańca współczesnego. To jak ze sobą współgrały, stało się – obok licznych nagród – kolejnym dowodem na to, że tancerze dobrze wykorzystali pięć wspólnych lat. Wierni widzowie i sympatycy zielonogórskiego zespołu z pewnością nie mogą się już doczekać kolejnego jubileuszu. Tych, którzy chcieliby jeszcze zatrzymać się przy minionym weekendzie i powspominać, zapraszamy na drugą relację z przeglądu.

 

Agnieszka Moroz
Dziennik Teatralny
4 marca 2016